piątek, 23 grudnia 2011

Polowanie na prawdziwego mężczyznę Julie Kistler


Tytuł: Polowanie na prawdziwego mężczyznę
Autor: J. Kistler
Wydawnictwo: Harlequin
Rok wydania: 2000
Ilość stron: 154



   Drogie Panie, pora odwrócić role. Teraz to my staniemy się łowcami. Trzeba przejąć kontrolę i samemu znaleźć tego wymarzonego królewicza. A mają nam w tym pomóc rady czasopisma „Prawdziwy mężczyzna” (Nawiasem mówiąc, nazwa pasuje bardziej do magazynu dla panów, a nie kobiecego czytadła, ale cóż, może to wina tłumacza J ).
   Bohaterka książki, Mabel, to dziennikarka, która stara się o pracę we wspomnianym magazynie. Jednak by ją zdobyć, musi napisać artykuł o metamorfozie szarej myszki w wampa. I to ona ma być owej metamorfozie poddana. Ale to jeszcze nie koniec. W trakcie przemiany musi kierować się 50-cioma radami wymyślonymi przez kolegów po fachu („Panie i panienki, noście obcisłe sukienki; Przyzna to każdy mężczyzna: grunt to frywolna bielizna; Poszukaj nowej scenerii, by dodać randkom pikanterii”). W dodatku każdy etap transformacji musi też udokumentować. A pomoże jej w tym Trace Cameron, znany fotograf.  Oczywiście niesamowicie przystojny fotograf.
   Zaczynają razem pracować i od razu coś ich do siebie ciągnie. Odwiedzają salon piękności, potem butik znanej projektantki a następnie salon z bielizną. Wszędzie Mabel musi pozować do zdjęć. Ostatnia miejscówka jest szczególnie ciekawa. Nie ma to jak stanąć w kabaretkach i gorsecie założonym na odwrót przed mężczyzną, na którym próbuje się zrobić wrażenie. Wybuch śmiechu obu stron, gwarantowany. A jak wiadomo śmiech prowadzi do rozluźnienia. A rozluźnienie do… ale oni się powstrzymują.
   Mabel była typową szarą myszką. Trochę jednak autorka przesadziła w tej charakterystyce. Za bardzo skupiła się na stereotypowym wyglądzie, a nie na charakterze. Nie uwierzę, że każda kobieta w okularach to szara myszka. Wszystko sprowadza się nie do wyglądu, ale do usposobienia. Ten typ znamionuje chorobliwa nieśmiałość i brak pewności siebie. A kobieta, która w minispódniczce i pończochach wybiera się sama na podryw do baru, nie jest nieśmiała. Nie uwierzę też, że nagła zmiana wyglądu odmienia też drastycznie charakter. Nie ważne przed jakim lustrem stanie anorektyczka i tak powie, że jest gruba. Może to i rażące porównanie, jednak kobieta, która nie uważa się za atrakcyjną, nadal będzie miała takie zdanie o sobie nawet, gdy ubiorą ją w jedwabną suknię. Ale odpowiednio komplementowana przez przystojnego mężczyznę, może nabrać pewności siebie. I nasza bohaterka trochę jej nabiera (chociaż już i tak dużo jej miała).
   Szkoda, że w książce poznajemy tylko kilka ze wspomnianych 50-ciu porad. Każdy rozdział rozpoczyna się wskazówką pasującą do jego treści. Przyznam, że bywa to nawet zabawne. Jednak chciałabym zobaczyć pozostałe rady. Jestem ciekawa czy byłyby równie absurdalne, stereotypowe i częściowo pomocne, jak te, które poznajemy w książce.
   Wreszcie ktoś napisał romans, w którym czarno na białym napisano, że wygląd nie ma znaczenia. Bohater kocha naszą Mabel jeszcze przed jej metamorfozą. To właśnie naturalność tak go ujęła. Długie paznokcie, które mają kojarzyć się z namiętnym seksem? Przecież kobieta nie może w nich nic zrobić. Ochrypły głos w rozmowach telefonicznych? Każdy facet pomyśli, że jesteś chora. Kabaretki? Nogi wyglądają jak wędzone udźce. Oto wnioski naszego mężczyzny.
   Po co się męczyć, skoro można znaleźć kogoś, kto pokocha nas w powyciąganym dresie? Oczywiście nie przesadzajmy. Nikt nie zainteresuje się niezadbaną kobietą. Ale czasami można ubrać się w coś wygodnego, a nie katującego nasze ciało. Drogie Panie, jest nadzieja. Prawdziwy mężczyzna będzie nas kochał, nawet wtedy, gdy ubierzemy się w zgrzebny worek i kiedy twarze pokryją nam zmarszczki.


   Chciałabym też złożyć Wam już dziś najlepsze życzenia z okazji zbliżających świąt Bożego Narodzenia. Niech będą one radosne, ciepłe i rodzinne. Życzę Wam szczęścia, pomyślności i mnóstwa prezentów. Studentom, sesji bez poprawek. Uczniom, długich ferii. Pracującym, podwyżek i skrócenia dnia pracy. Tym, którzy nie zaliczają się do żadnej z tych grup życzę więcej miłości i zastrzyku finansowego. Miłość i pieniądze zawsze są na czasie :)
   Niech nadchodzący Nowy Rok przyniesie Wam same sukcesy w życiu zawodowym i prywatnym. Niech będzie jeszcze lepszy niż poprzedni. 


Niedawno zauważyłam ciekawą blogową zabawę. Na Polski grunt wprowadziła ją Lirael. Poniższy tekst należy uzupełnić tytułami książek przeczytanych w tym roku. Tytuły można odmieniać przez przypadki. 


Oto tekst do uzupełnienia

Mój dzień w książkach
Zaczęłam dzień (z)_________.
W drodze do pracy zobaczyłam________
i przeszłam obok_______,
żeby uniknąć_________,
ale oczywiście zatrzymałam się przy________.
W biurze szef powiedział:___________.
I zlecił mi zbadanie___________.
W czasie obiadu z __________
zauważyłam__________
pod_________.
Potem wróciłam do swojego biurka_________.
Następnie, w drodze do domu, kupiłam________
ponieważ mam____________.
Przygotowując się do snu, wzięłam_____
i uczyłam się_________,
zanim powiedziałam dobranoc ________.

A oto moja opowieść:

Zaczęłam dzień Całując grzech
W drodze do pracy zobaczyłam Panią Shaladoru
i przeszłam obok Marzyciela,
żeby uniknąć Pani Bovary,
ale oczywiście zatrzymałam się przy Mr Perfekcie.
W biurze szef powiedział: Zbudź się, kochanie.
I zlecił mi zbadanie Smaku życia.
W czasie obiadu z Córką Tuśki
zauważyłam Bezduszną
Potem wróciłam do swojego biurka za milion dolarów
Następnie, w drodze do domu, kupiłam Portret w bieli
ponieważ mam Ślubny kontrakt.
Przygotowując się do snu, wzięłam Miłosne przysięgi
zanim powiedziałam "dobranoc" wampirowi z sąsiedztwa.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Zmierzch i jego parodie




Tytuł: Zmierzch
Autor: S. Meyer
Seria: Zmierzch tom 1
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Rok wydania: 2009
Ilość stron: 416



   W wielu recenzjach nawiązywałam do książki Stephanie Meyer. Zapewne wielu z was ją czytało lub przynajmniej kojarzy. Postanowiłam jednak przybliżyć ją tym, którzy mogli jeszcze nie mieć z nią do czynienia oraz przypomnieć tym, którzy ją znają.
   Była to pierwsza książka z gatunku paranormal romance, z którą się zetknęłam. Najpierw jednak widziałam film, który zachęcił mnie do przeczytania tej historii. I powiem, że powieść parę lat temu bardzo mi się podobała. Zostałam wierną fanką Edwarda, a po przeczytaniu kolejnych części, także Jacoba – im więcej miałam lat, tym wskazówka wielbicielomierza przechylała się w stronę tego drugiego. Teraz mój stosunek do niej jest raczej sentymentalny.
   Zmierzch to pierwsza książka sagi o tym samym tytule. Reklamowany był (i jest) jako megabestseller. Hasła reklamowe piszą, że to „magiczna opowieść o zakazanej miłości wampira i nastolatki”. Tyle w tym zachwytu, że trochę mnie mdli. Bella Swan zmienia szkołę. W nowej placówce poznaje chłopaka, Edwarda, który jest bardzo tajemniczy, skryty i niesłychanie pociągający. W końcu okazuje się, że Edward i cała jego rodzina to wampiry. Ale te dobre wampiry, gdyż oni piją krew wyłącznie zwierząt. Młodzi zakochują się w sobie, jednak Edward stara się odsunąć od siebie Bellę, gdyż obawia się, że może ją skrzywdzić. W końcu inny wampir obrał sobie jego ukochaną za cel i muszą ją wywieźć z miasta w celu ochrony. Oczywiście James ją dopada, jest bójka i zagrożenie śmiercią. Na szczęście wszystko dobrze się kończy. Streszczenie spłyca specjalnie fabułę książki, by nie pozbawić was ciekawszych smaczków z powieści. Wszystkie one krążą głównie wokół pary bohaterów i ich miłości, ale pojawia się też kilka innych momentów, które wyróżniają tę powieść na tle innych.
   Nie twierdzę, że Zmierzch to literatura wysokich lotów. Jednak jak na romans jest wyjątkowo nowatorska. Mamy tu do czynienia z motywem wampirów ujętym zupełnie inaczej niż dotychczas. Od tej książki właściwie zaczęła się moda na dobrych wampirzych bohaterów. Mit Draculi odwrócono o 180 stopni. Podobnie zrobiono z innymi „potworami”. Większość tego typu elementów to czysta fikcja i całkowity wymysł autorki. Ale pasują do charakteru powieści.
   Wkurzająca jest postać Belli. Większość krytyków określało ją przymiotnikiem „pretensjonalna”. Ja dodam, że jest ona zbyt dojrzała jak na swój wiek. Edward może być, w końcu ma ponad sto lat. Ale ona? Który człowiek w wieku 17 lat, wie co chce w życiu robić?
   Książka przemyca też pewne treści, które rodzicom nastolatków bardzo się spodobają. Mianowicie rozsądne podejście do spraw seksu i poczekanie z inicjacją.
   Ogólnie Zmierzch jest dobry, ale jak dla mnie już nie rewelacyjny. Przynajmniej nie po tylu latach od przeczytania. Zawiera w sobie pewne elementy niedorzeczności, które nawet w romansie paranormalnym są nie do końca akceptowalne.
   Fenomen Zmierzchu wywołał falę szalonego zachwytu i wyraźnej niechęci. Ta pierwsza dotyczy młodych dziewcząt, które z wielbicielek stały się szalonymi fankami. Ta druga dotyczy całej reszty ludzi (szczególnie zazdrosnych mężczyzn ;) ), którzy radzą sobie z tym zjawiskiem za pomocą humoru. W internecie zaczęły pojawiać się parodie.
   Cóż można o nich napisać? Większość nie jest robiona przez profesjonalistów. Jednak w końcu i profesjonaliści postanowili zarobić na fenomenie i wyprodukowali parę parodii.
   Najgorszą możliwą, którą ktokolwiek odważył się wydać jest Zmrok napisany przez środowisko uniwersytetu Harvard pod pseudonimem Harvard Lampoon (lampoon to po angielsku paszkwil). Szkoda słów. Książka reklamowana jako fenomenalna parodia okazała się totalnym gniotem. Zamiast śmieszna jest żałosna. Szkoda na nią waszych pieniędzy. Jedyne co w niej dobre to okładka. Ta udała się wydawcy.
   Dużo lepszy jest film z zeszłego roku Wampiry i świry. Jest to komedia na miarę Poznaj moich spartan i American pie. Śmieszna, ale w tym rubasznym i infantylnym sensie. Parodiuje trzy pierwsze ekranizacje sagi Stephenie Meyer. Obejrzyjcie trailer, w nim znajdują się wszystkie najlepsze momenty tego filmu. 


   Najlepszą robotę wykonała grupa Hillywood. W krótkich 10-minutowych odcinkach sparodiowali dotąd trzy części filmu i zrobili to najlepiej ze wszystkich. Parodię budują w formie teledysku do odpowiednio dobranej do fabuły Zmierzchu piosenki. Subtelnie wyśmiewają absurdy książek/filmów nie dochodząc przy tym do granicy niesmaku. Nie ma co o nich pisać. Ich trzeba zobaczyć.


Za inspirację do napisania tego posta dziękuję mojej przyjaciółce, Majce :)

piątek, 16 grudnia 2011

Śnieżyca Sharon Sala





Tytuł: Śnieżyca
Autor: S. Sala
Wydawnictwo: Mira-Harlequin
Rok wydania: 2002
Ilość stron: 384



   Każdy wzdrygnąłby się, gdyby przeczytał słowa: „Będziesz cierpiała za grzech”. W końcu któż z nas nie zgrzeszył choć raz? A nie jest to list od organizacji katolickiej. Mnie serce stanęłoby ze strachu. Nic więc dziwnego, że Caitlin – bohaterka książki - się przeraziła. A podobnych listów dostała już dwadzieścia.
   Caitlin Bennet jest pisarką thrillerów. Trzeba dodać, że świetnych. I jak każda osoba publiczna ma też wrogów. Ten konkretny dręczy ją nienawistnymi anonimami. W końcu jednak wysyłanie anonimów mu nie wystarcza. Caitlin zostaje pchnięta na przejściu dla pieszych wprost pod koła ciężarówki. Dreszcz mnie przeszedł, gdy czytałam fragment o zobaczeniu swojego odbicia w zderzaku.
Kobieta ląduje w szpitalu. Jej najlepszy przyjaciel i zarazem wydawca postanawia zapewnić jej ochronę. Nie ufa jednak nikomu poza swojemu przyrodniemu bratu – Connorowi „Macowi” McKee (ci Szkoci mają coś w sobie). Jest jednak jeden problem. Najbliżsi sercu Aarona nie przepadają za sobą. Na szczęście Mac słysząc o ciężkim stanie Caitlin postanawia zrezygnować z długo obiecywanego sobie urlopu i przylatuje, by się nią zająć.
   Kobieta nie jest szczęśliwa, że go widzi. Ale okazuje się, że obecność Maca jest niezbędna. Gdyby nie czuwał przy jej łóżku, już pierwszej nocy w szpitalu psychopata dokończyłby swoją robotę. Dlatego też Mac nie poddaje się i wprowadza się na jakiś czas do apartamentu Caitlin. Nic tak nie zbliża do siebie ludzi, jak próba morderstwa i konieczność wspólnego zamieszkania.
   W międzyczasie w mieście popełniane są brutalne morderstwa. Ktoś gwałci kobiety, podrzyna im gardła i, żeby jeszcze było mało, tnie ich twarze na kształt litery x. Czytelnik sporo dowiaduje się o sposobie działania mordercy, gdyż co kilka rozdziałów można przeczytać o zdarzeniach z jego punktu widzenia. Jest to zabieg, za którym nie przepadam, jednak w Śnieżycy wypadł nad wyraz dobrze. Czytelnik ma wgląd w pokręconą i jednocześnie dziwnie uporządkowaną psychikę mordercy. Właściwie wszyscy psychopaci, których długo lub w ogóle nie udało się złapać, byli niesłychanie logiczni i cierpliwi. Buddy’emu cierpliwość powoli się kończy. Nie straszy już tylko samej Caitlin, ale również podkłada bombę pod wydawnictwo, które wydaje jej książki. Aaron zostaje ranny, a wspólny niepokój o niego zbliża do siebie Caitlin i Maca.
   W końcu również i policja zainteresowała się prześladowaniem kobiety. Dwóch funkcjonariuszy odwiedza ją w apartamencie. Przystojny mundurowy – Neil – podrywa nawet naszą bohaterkę, co doprowadza do szału Connora. W końcu nasi bohaterowie muszą udać się na posterunek, by uzupełnić zeznania. Tam natykają się na pokój, w którym inni policjanci próbują rozwiązać sprawę grasującego po mieście seryjnego mordercy. Na tablicy wiszą zdjęcia zamordowanych kobiet. Kobiet, które są łudząco podobne do Caitlin. Kiedy funkcjonariusze mają już punkt zaczepienia rozpoczyna się poszukiwanie sprawcy. Jednak, gdy wreszcie jego tożsamość zostaje odkryta okazuje się, że Caitlin jest już w jego rękach.
   Pierwsza lektura tej książki przyniosła mi mnóstwo przyjemności. Oczywiście nie chodzi tu o czytanie o brutalnych morderstwach, ale o zagadkę, której nie da się samodzielnie rozwiązać, dopóki narrator nam czegoś nie zdradzi. Do samego końca nie wiadomo kto w rzeczywistości był mordercą. Jego tożsamość była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Nigdy bym się tego nie spodziewała.
   W Śnieżycy mamy również miłość. Cóż mogę powiedzieć? Sytuacje, w których bohaterowie na początku się nie znoszą, to moje ulubione rozpoczęcia romansów. W fabule nie braknie wtedy ciętych wypowiedzi i złośliwych ripost, a miłość, która się rodzi jest poprzedzona intensywnymi zalotami. Temperamenty bohaterów ścierają się ze sobą krzesząc iskry.
   Nie wspominając już o samej postaci Maca. Nic nie poradzę, że mam wyjątkowo bujną wyobraźnię. Zaś plastyczne opisy jego wyglądu pomagają mi wyobrazić go sobie jeszcze lepiej. Właściciel firmy ochroniarskiej, muskularny, wysoki. W dodatku inteligentny i opiekuńczy. Ma nawet poczucie humoru. Po prostu ideał. Na szczęście dla książki ma też wady. Jest wyjątkowo porywczy i arogancki w negatywny sposób. Jednak nawet tacy faceci dają się złapać. A kobieta pokroju Caitlin fantastycznie sobie z nim poradzi. Jest przecież samodzielną, niezależną i silną kobietą. Momentami nieco irytującą (chodzi mi o reakcje czytelnika), ale da się ją lubić.
   Był jeden fragment, który wydał mi się wciśnięty na siłę. Kiedy to Caitlin czeka w poczekalni na wiadomość o stanie zdrowia Aarona i widzi małą dziewczynkę, która ze złością koloruje obrazek czarną kredką. Caitlin pomaga jej w kolorowaniu nieustępliwie żądając innych kolorów. Potem dowiaduje się, że mała była świadkiem brutalnej napaści na swoją matkę, która umiera w szpitalu. Jest to bardzo wzruszająca scena, jednak autorka opisała ją w taki sposób, że wydała mi się zbędna w całej fabule. Jakby Sala chciała na siłę zrobić z Caitlin kobietę oddaną innym ludziom, współczującą, a w dodatku doskonale nadającą się na matkę. Chyba trochę jednak przesadziła.
   Poza tym drobnym zgrzytem, cała książka jest warta przeczytania. Nie jest to może kryminał na miarę Christi, ale nie stracicie przy nim czasu. W dodatku historia miłosna nie stanowi w tym wypadku osi centralnej, ale jest miłym dodatkiem scalającym fabułę.

Baza recenzji Syndykatu ZwB

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Królowa ciemności Anne Bishop




Tytuł: Królowa ciemności
Autor: A. Bishop
Wydawnictwo: Initium
Seria: Czarne kamienie tom 3
Rok wydania: 2009
Ilość stron: 416



   Może was zastanawiać dlaczego trylogię fantastyczną recenzuję na blogu o romansach. Więc wyjaśniam. Po pierwsze uwielbiam tę serię, po drugie to mój blog i mogę robić co chcę, po trzecie w tej części mamy duuuuużo romansu. A żeby dotrzeć to części miłosnej trzeba było przebrnąć przez poprzednie tomy, które dążyły do opisywanej teraz historii. Bez poprzednich nie wiedzielibyście o czym jest ta. W sumie bez poprzednich tej by nie było. Byłaby to wielka szkoda, gdyż Królowa jest zdecydowanie genialna.
   Akcja rozpoczyna się kilka lat po Księżniczce cieni. Myślałby kto, że Dorothea po tylu latach i niezliczonych porażkach przestanie wreszcie knuć. Ale nie! Każde swoje niepowodzenie stara się wykorzystać na swoją korzyść (zawzięła się i już). Tym razem odgrywa mistrzowską farsę i oszukuje królowe Terreille, że Wilki Lord manipuluje Jaenelle, by przejąć władzę nad wszystkimi krainami. A przecież nie można dopuścić, żeby wcielenie zła zapanowało nad ich szczęśliwą krainą. Szykuje się wojna z Kaeleer.
   Tymczasem Alexandra, babka Jaenelle dowiaduje się, że jej druga wnuczka – Wilhelmina, opuściła Terreille i udała się przez Wrota do Kaeleer. Dorothea namawia ją, by Alexandra pojechała odzyskać swoje wnuczki i tym samym zapobiegła planom Wielkiego Lorda. Kobiety nie trzeba długo przekonywać. Jest przekonana o swojej racji i nie chce dopuścić do siebie myśli, że to jej ślepota przy sprawie z Braywood doprowadziła do nieszczęścia Jaenelle. Jednocześnie jest zbyt uparta i dumna, by przyznać się do złego zarządzania terytorium.
   Za to w Mały Terreille trwa właśnie targ służby. Wszyscy, którzy chcą zamieszkać w Kaeleer muszą odsłużyć kontrakt na jednym z dworów, by przyzwyczaić się do panujących na tym terytorium innych obyczajów. Lucivar poszukuje kogoś, kogo mógłby sprowadzić. Oprócz kilku starych znajomych Eyrenów, natyka się na Daemona, który wreszcie opuścił Wykrzywione Królestwo (zajęło mu to tylko kilka lat). Obaj nie wiedzą ile mieli szczęścia. Przekupieni przez Dorotheę urzędnicy skutecznie chcieli zapobiec dostaniu się Sadiego do Kaeleer. Yaslana odnajduje również Surreal i Wilhelminę. Już nigdy nie będzie tak spokojnie jak do tej pory.
   Cały tom Królowej ciemności można podzielić na dwie części. Pierwsza kręci się wokół Daemona i Jaenelle i ich nowoodkrytej miłości. Ich podchody bywają równie zabawne, co irytujące. Widzimy też zmagania całej świty z oswojeniem się z nowymi obyczajami. Surreal spotyka przystojnego Falonara. Wilhelmina staje się odważniejsza. A Lucivar stara się poskromić swojego małego syna, istne diabelskie wcielenie. Już samo jego imię powinno coś wam powiedzieć – Daemonar.
   Ten sielski nastrój zostaje jednak zburzony przez przybycie Alexandry. Wraz z nią do pałacu dostają się zawiłe intrygi Dorothei. Efektem będzie śmierć i zniszczenie, a także nieposkromiony gniew Królowej. Wielki Lord wiedział co mówi, kiedy ostrzegał, żeby nie mówić wszystkiego Jaenelle. Królowa ciemności, co najmniej sześć razy potężniejsza niż Saetan i Daemon razem wzięci (obaj noszą czarne kamienie, przypominam), uwolniła swoją moc, by wymierzyć sprawiedliwość.
   Druga część książki jest dużo bardziej mroczna. Rozpoczynają się przygotowania do wojny Kaeleer z Terreille. Jaenelle znalazła sposób, by uchronić swoich najbliższych, ale będzie musiała coś poświęcić. Jej plan może jednak nie wypalić. Rodzina Lucivara została porwana (zgadnijcie kto maczał w tym palce? Tak! Hekatah i Dorothea), on sam poleciał im na pomoc i również został pojmany. Saetan, który chciał wyrwać swego syna z łapsk wrogów też. I nagle do obozu, gdzie więźniowie są przetrzymywani, wkracza Daemon. A właściwie jego drugie wcielenie – Sadysta. Po jego złowieszczych wyczynach nikt już nie pamięta przepowiedni Karli: „Przyjaciel zostanie wrogiem, by pozostać przyjacielem”, a powinni.
   Czytając ostatni tom trylogii Czarnych kamieni (początkowo tak zakładała autorka, ale zaraz po jej sukcesie seria rozrosła się do, na razie, dziewięciu tomów) nie mogłam się od niego oderwać. Akcja zdecydowanie nabrała tempa. Zaczyna się etap konfrontacji i ostatecznego rozstrzygnięcia. Jest mrocznie i tajemniczo, a do tego brutalnie. Na szczęście wszystkie te elementy umiejętnie przetykane są fragmentami zabawnymi.
   Oprócz scen brutalnych będziemy świadkami oswajania się Daemona z krewniakami, irytujących zachowań Karli oraz ognistych schadzek z Falonarem. Wszystko to przetykane fantastycznym humorem.
   Nareszcie wyjaśnia się wiele wątków. Niestety nie wszystkie. W książce nagle dowiadujemy się, że na przykład Lucivar ma żonę. Ale skąd ona się wzięła i jak się poznali, nie jest powiedziane. Ja wiem, co się stało, ale wy będziecie musieli przeczytać tom czwarty Serce Kaeleer.
   W tomie trzecim wreszcie i czytelnik ma szansę wrosnąć w nową rzeczywistość. Razem z bohaterami poznaje prawa rządzące Kaeleer. Musi przystosowywać się, zawierać kompromisy, a czasami kapitulować.
Wszystkie postacie są tak barwne, żywe i różnorodne, że nie da ich się krótko opisać. Każdy z bohaterów ma indywidualny charakter i da się to wyczytać z książki. Wiele razy czytałam powieści, w których bohaterowie byli w ten sposób opisywani, ale ich kreacja ciągle była taka sama. Nie mieli swojej własnej tożsamości książkowej. Ale w Królowej ciemności nic takiego nie zauważyłam. Nawet postacie drugoplanowe są niepowtarzalne i nie do podrobienia.
   Książka jest tak wypchana wiadomościami, że czasami ma się wrażenie, że głowa wybuchnie od nadmiaru informacji, ale zaraz zjawia się ktoś kto wszystko ładnie nam wyjaśni. Dzięki temu czytelnik może spokojnie wczuć się w ten świat z pełnym wrażeniem zaspokojenia.
   Czytając Królową przeżyjecie istne katharsis. Nie dość, że główni bohaterowie wreszcie się zeszli i aż wylewa się z nich nadmiar miłości, to nadchodząca wojna spowoduje liczne straty. Przez ostatnie dwieście stron będziecie wylewać morze łez. Wielokrotnie opadnie wam szczęka na skutek opisywanych zdarzeń. Niejeden raz skrzywicie się ze zgrozy i obrzydzenia. Myślę, że miłośnicy romansu oraz wielbiciele horroru znajdą w tej książce pasujące do ich upodobań fragmenty.
   Może się wydawać, że mimo wartkiej akcji tematyka tego tomu będzie nudna i monotonna. W końcu ile można czytać o miłości i wojnie? Nic bardziej mylnego. W każdym rozdziale dowiadujemy się czegoś nowego o bohaterach, o Kaeleer i o mającej nadejść wojnie. Gdy już wsiąkniecie w ten fantastyczny świat nic nie oderwie was od książki.

piątek, 9 grudnia 2011

Angielka Julie Garwood




Tytuł: Angielka
Autor: J. Garwood
Wydawnictwo: Da Capo
Rok wydania: 1995
Ilość stron: 446



   Nie potrzeba daty w prawym górnym rogu, żeby domyślić się okresu, w którym dzieje się akcja. Biskup Hallwick przedstawia hierarchię istot w niebie i na ziemi. Mamy archanioła Gabriela, potem pozostałych aniołów, apostołów, proroków, cudotwórców i pozostałych świętych. Na ziemi najmilsi Bogu są mężczyźni, z papieżem na czele. Dalej mamy kardynałów, władców państw, mężczyzn żonatych, a za nimi bezżennych. Ci ostatni mają taką samą pozycję jak kupcy i urzędnicy, ale wyższą niż chłopi. A dalej mamy zwierzęta, poczynając od najbardziej wiernego człowiekowi psa, a kończąc na tępych wołach. I to już cała hierarchia. Ach, nie. Pozostały jeszcze kobiety. Czy już się domyślacie co to za epoka? Tak. Średniowiecze. A konkretnie rok 1200. Zaś wyłożeniem hierarchii Boga lub Kościoła (wg biskupa to jedno i to samo) rozpoczyna się powieść Julie Garwood.
   Bohaterkę książki poznajemy sześć lat później. Lady Johanna dowiaduje się, że jej mąż nie żyje. Kobieta jest w szoku. Na początku nie chciała w to wierzyć. Ksiądz, który przyniósł jej tę wiadomość uznał, że lepiej zostawić ją samą. Johanna zakryła twarz rękoma i zaczęła szeptać modlitwę do Boga: „Dzięki Ci”. Chyba jej małżonek nie był zbyt kochający.
   Dalsza akcja rozgrywa się kolejny rok później. Johanna przybywa w Szkockie góry, by poznać mężczyznę, którego ma poślubić. Nowy mąż ma zapewnić jej bezpieczeństwo. Przy okazji nie będzie już musiała płacić podatku od wdowieństwa królowi Janowi. Za to Szkot w ramach posagu wreszcie odzyska ziemię należącą do jego klanu, którą zagarnął król.
   Ich pierwsze spotkanie nie jest do końca obiecujące. MacBain jest młody, duży, silny i przystojny. Wszystkie te cechy Johanna uważa za niedopuszczalne u przyszłego małżonka. Jednak w końcu udaje mu się ją przekonać by go poślubiła. Wystarczyło zdanie: „Ja nie gryzę”.
   Po pełnej przeszkód ceremonii ślubnej, wreszcie zostali połączeni świętym węzłem małżeńskim. Teraz trzeba tylko wzajemnie się dostosować. A nie jest to łatwe. Johanna, z racji doświadczeń z poprzedniego związku, jest nieufna i strachliwa. Gabriel nie jest znany z cierpliwości, ale coś w tej kobiecie go ujęło. Pragnie opiekować się nią i ją chronić.
   Oprócz „docierania się” małżonków, Johanna musi być przygotowana na niecodzienną sytuację w klanie. Otóż składa się on z dwóch połączonych klanów. Każdy z nich chce zachować swoją odrębność. Tak więc różnią się strojem, zwyczajami i zakresem obowiązków. Nic nie chcą robić wspólnie. A Johanna musi męczyć się ze zmianą tartanu na taki z kolorystyką drugiego klanu co drugi dzień. Ileż w tym zamieszania. A robi się jeszcze ciekawiej, kiedy Johanna myli dni i nosi jeden tartan dwa razy pod rząd. Nikt nie jest w stanie zaradzić jej „roztargnieniu”. I nikt też nie zwróci jej uwagi przez wzgląd na jej wrażliwość.
   Jednak lady MacBain nie jest taka słaba za jaką ją mają. Potrzebowała tylko czasu, by poczuć się bezpieczną i rozkwitnąć. Już nie boi się krzyczeć na męża, gdy ten zachowuje się prostacko (w końcu przyjeżdża jej matka i wszystko musi być idealne). Twardą ręką zaczyna rządzić w zamku. Pokonuje też watahę wilków, gdy te napadają na nią podczas przejażdżki.
   Jedyne co budzi jej obawę to sam król Jan. Władca wie, że Johanna zna jakąś prawdę o nim, a wyjawiając ją może podrzucić brakujący argument dla buntujących się baronów. Jan czuje się zagrożony. To dlatego zgodził się na jej małżeństwo. Im dalej kobieta będzie od Anglii, tym lepiej dla niego. Jednak możni przeciwni królowi ciągle jej szukają. Mimo, że Gabriel nie zna powodów niechęci żony do króla, dzielnie chroni ją przed natrętami.  
   Myślałby kto, że historia chyli się ku końcowi. Johanna wreszcie pokazała swoją siłę. Zaprowadziła porządek ostatecznie łącząc oba klany. Swoją odwagą zasłużyła na szacunek swoich poddanych oraz na stanowisko żony lairda. A także stała się mistrzynią w ówczesny odpowiednik golfa. Co najważniejsze wreszcie odnalazła spełnienie w miłości. Czy coś mogłoby to zepsuć…? Zmartwychwstanie byłego męża. W jaki sposób MacBainowie rozwiązali ten problem możecie przeczytać w książce.
   W Angielce nie znajdziecie wyłącznie opisów codziennego życia klanu. Choć jest to ciekawe dla czytelnika, który wcześniej nie miał okazji zapoznać się z historią Szkocji i wyglądem tego regionu. Przygotujcie się na sporą porcję zabawnych dialogów i sytuacji. Sprzeczki naszych zakochanych, „pomyłki” Johanny przy noszeniu tartanu oraz sposoby zdobywania pożywienia przez klan. To tylko kilka z wielu ciekawych zdarzeń, które rozbawią was do łez. Oprócz tego każda z postaci dostarczy wam jakiś innych wrażeń. Autorka świetnie ich zróżnicowała i na szczęście nie skupiła się wyłącznie na głównej parze. Najbardziej jednak podobało mi się to, że w powieści wyeksponowano Johannę i jej dążenie do odzyskania siebie. Pokrzepiające było czytanie o tym, że wreszcie poczuła się bezpieczna i może zachowywać się swobodnie, zgodnie z własnym charakterem.
    Wiemy, że średniowiecze to nie tylko brak higieny, ciemnota umysłowa i skrajna religijność. Był to okres rozwoju sztuk i literatury. Duży nacisk kładziono na dworskie obyczaje, w tym na szeroko pojętą rycerskość. Romanse historyczne nie są bardzo wiarygodnym źródłem historycznym, ale o podstawach informują. Czytelnik może się przekonać jak żyli ludzie tamtego okresu. Oczywiście w tego typu literaturze jest to mocno wyidealizowane. Od tego jednak są romanse. Skądś przecież wziął się stereotyp rycerza w lśniącej zbroi na rączym rumaku, który wspina się po złotej linie do najwyższej komnaty w najwyższej wierzy. Tu rycerzem jest arogancki Szkot, który zawsze musi postawić na swoim. Gabriel to fantastyczney mężczyzna. Wysportowany, odważny, opiekuńczy i przystojny. Z pozoru wydaje się szorstki i niedostępny, ale wiadomo, że wewnątrz bije wrażliwe serce. Każda kobieta chciałaby do niego dotrzeć i je poruszyć. A która może się oprzeć, gdy tak wspaniały kąsek jest jeszcze uroczo opakowany w górę mięśni i ledwie przykrywający to kilt?
   Wśród romansów historycznych możecie wybierać właściwie (choć są wyjątki) tylko z dwóch okresów: regencja i średniowiecze. Sama nie wiem, który wolę bardziej. I w jednym i w drugim znajdują się interesujące elementy. Chociaż w każdym główny bohater jest zamkniętym w sobie arogantem, który traci głowę dla tej jednej jedynej. Tak więc czytajcie o szlachetnych rycerzach i arystokratycznych dżentelmenach. Może jakiś wyskoczy z książki i pojawi się w rzeczywistości. Raczej wątpię, że tacy mężczyźni istnieją naprawdę.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...