Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roberts Nora. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roberts Nora. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Niebo Montany Nora Roberts





Tytuł: Niebo Montany
Autor: N. Roberts
Wydawnictwo: Książnica
Rok wydania: 2007
Ilość stron: 512



   „Śmierć Jacka Mercy’ego wcale nie zmieniła faktu, że był on sukinsynem”. Tak zaczyna się powieść Nory Roberts. Czego można spodziewać się po takim początku? Znając Norę na pewno możemy liczyć na wartką akcję i zabawne dialogi.
   Akcja powieści rozpoczyna się na pogrzebie owego sukinsyna. Jednak nie wszystko idzie tak gładko jak powinno. Otóż dwie jego córki spóźniają się na uroczystość. Właściwie to cud, że w ogóle się zjawiły. Jack Mercy nie był kochającym tatą. Właściwie był egoistą i arogantem. Wierzył, że jest niezniszczalny i nieomylny. Nic więc dziwnego, że nawet we własnej rodzinie nie był lubiany. Ale jego obiecujący testament skłoniłby do przyjazdu nawet największego wroga.
   Samolubny Jack ożenił się trzykrotnie (aż tak bardzo chciał mieć syna i spadkobiercę). Na nieszczęście dla niego urodziły mu się trzy córki. Z matkami dwóch pierwszych się rozwiódł, z ostatnią nie zdążył, gdyż zmarła przy porodzie. Tak więc Willa musiała zostać na ranczu, zaś Tess i Lily zostały ze swoimi matkami, co właściwie wyszło im tylko na dobre.
   Kobiety właściwie się nie znają. Nigdy nie miały możliwości przebywać razem, wiedziały tylko o swoim istnieniu. Jednak śmierć ojca sprowadziła wszystkie w jedno miejsce i pozwoliła im w końcu się poznać. Właściwie ta pozytywna część związana jest z nieprzyjemnymi wydarzeniami i zaskakującymi warunkami testamentu.
   Wszystkie trzy siostry mają mieszkać na ranczu przez okrągły rok. Nigdzie nie mogą wyjeżdżać na dłużej. Ranczo ma być prowadzone jak dotychczas. Jeśli spełnią warunki testamentu, każda z nich otrzyma jedną trzecią praw własności do majątku, co równa się jednej trzeciej z dwudziestu milionów dolarów. Niebagatelna sumka. Gdyby jednak któraś nie dotrzymała warunków, każda z nich otrzyma sto dolarów, a ranczo przejdzie na rzecz Ligi Ochrony Przyrody. Chyba nie muszę mówić, jaka była ich decyzja? Jest jeszcze jeden haczyk. Przez ten rok, Nate – prawnik i właściciel hodowli koni, oraz Ben – właściciel sąsiedniego rancza, mają kontrolować każdą decyzję Willi, jako że ona będzie ranczo prowadzić. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie to, że Willa nie cierpi Bena. Powodem jest zapewne to, że Jack chciał oddać Benowi ziemię w zamian za to, że Ben ożeni się z Willą. Nikt nie lubi być traktowany jak jałówka.
   Poza tym problemem jest jeszcze kilka, przez które dziewczynom nie będzie łatwo żyć pod jednym dachem. Różnią się od siebie jak ogień i woda. Czeka je sporo kłótni, kłótni i kłótni.  Willa to chłopczyca. Jest najmłodsza z rodzeństwa. Całe życie próbowała udowodnić ojcu, że jest równie dobra jak syn i może go zastąpić. Jest świetna w tym co robi, jednak nigdy nie uzyskała jego akceptacji. Willa ma starszego przyrodniego brata. Z Adamem mają wspólną matkę, więc mężczyzna nie jest dzieckiem Jacka (muszę to podkreślić, gdyż było to istotne dla fabuły i stosunków między niektórymi bohaterami). Mężczyzna ma niezwykły talent do ujeżdżania koni. Charakteryzuje się też anielską cierpliwością, która pomaga mu w kontaktach zarówno ze zwierzętami, jak i z ludźmi. Przydała mu się szczególnie, gdy próbował nawiązać kontakt ze średnią z sióstr – Lily. To kobieta po przejściach. Była maltretowana przez byłego męża i nadal przed nim ucieka. Najstarsza – Tess – przyjechała z Hollywood, gdzie pisze scenariusze do filmów. Jest typową lalunią, która na wsi nie przetrwałaby tygodnia bez manicure. W dodatku bydło napawa ją wstrętem. Nie ma jednak wyjścia. Musi zostać na ranczu, jeśli chce otrzymać pieniądze. Na szczęście w pobliżu kręci się sporo przystojniaków w obcisłych dżinsach, którzy urozmaicą jej to przymusowe wygnanie. Najlepszym kandydatem jest Nate, który nie hoduje bydła. To chyba najważniejszy argument w tych okolicznościach.
    Jednak wykreowane trzy historie miłosne to tylko spoiwo dla prawdziwego wątku – kryminalnego. Ktoś zaczyna ćwiartować zwierzęta i straszyć mieszkańców rancza. W dodatku dochodzi do morderstwa na jednym z pracowników. A były mąż Lily nie zgłosił się na policji, co miał robić regularnie w ramach wyroku sądu. Czy będzie więcej ofiar? Jak Willa poradzi sobie z nawarstwiającymi się problemami? Wiadomo jakie będzie zakończenie. Czy ktoś czytał kiedyś romans, który nie zakończył się happy endem? Dlatego je lubię.
Powieść podzielona jest na cztery pory roku. Na początku obserwujemy jak dziewczyny próbują dopasować się do nowej rzeczywistości. Potem widzimy ich wspólne zmaganie ze strachem, co pomaga im się zjednoczyć. W międzyczasie każda z nich spotyka miłość i wreszcie ma odskocznię od przykrych zdarzeń.
   W związku z elementami romantycznymi czytelnik będzie mógł rozkoszować się trzema różnymi historiami. Kobieta po przejściach i mężczyzna, który ją uleczy, wamp i skromny chłopak oraz nieznoszący się sąsiedzi. Dialogi tej ostatniej pary rozbawią was do łez. Przypomnijcie sobie zabawę w podchody, bo mniej więcej tak wygląda historia ich romansu.
   Zawsze twierdziłam, że Roberts potrafi stworzyć niebanalne opowieści. I tym razem też się nie myliłam. Wątki miłosne były do przewidzenia, chociaż umieszczenie aż trzech w jednej książce sprawia, że stają się mniej schematyczne. Każda z tych historii żyje osobno, ale razem tworzą pewien obraz rzeczywistości. Nie wydają się sztuczne, a sprawiają, że czytelnik widzi ranczo Mercy z różnych punktów widzenia.
   Równie świetna jest tajemnica. Robert nie jest taka świetna jak Aghata Christy, gdyż w pewnym momencie książki można się domyślić kto jest mordercą (chociaż ten moment znajduje się bardzo blisko końca). Jednak fantastycznie prowadzi nas przez ten wątek. Równomiernie rozkłada napięcie, by w momencie kulminacyjnym zwalić czytelnika z nóg.  A w całej powieści jest kilka momentów, które nazwałabym małymi punktami kulminacyjnymi. Myślisz, że to już koniec, ale jednak nie. Wszystko zaczyna się od nowa. Czytelnik zaczyna odczuwać niepokój, podobnie jak bohaterowie. Autorka świetnie poprowadziła całą historię. Jednak chwyt z opisywaniem punktu widzenia mordercy nie do końca przypadł mi do gustu. Podkręca atmosferę, gdyż czytelnik wie, że to ktoś z otoczenia bohaterów, ale nie wie kto. Jednak mam wrażenie, że takie poprowadzenie fabuły za dużo zdradza.
   Oprócz wprowadzonych wątków można poczytać o życiu na ranczu. Nie wiem jak was, ale mnie zawsze to ciekawiło. Tamta rzeczywistość jest tak inna od tej naszej rolniczej. A opis niezwykłych krajobrazów Montany sprawia, że chciałabym tam pojechać. Nie mówię tylko o górach i wrzosowiskach, na których pasą się krowy. Widok przystojniaka w obcisłych dżinsach ujeżdżającego rączego rumaka wywołuje we mnie dreszczyk.
   Wiele razy pisałam, że Nora Roberts to moja ulubiona autorka, więc nie będę was zanudzać opiewaniem jej kunsztu literackiego. Napiszę tylko, że serdecznie polecam jej powieści. A dla tych, którzy nie są przekonani do jej książek, polecam ich ekranizacje. Może wydadzą się wam ciekawsze. W nich większy nacisk położono na wątek kryminalny. Oto fragment filmu Niebo Montany (byle czego, to chyba by nie filmowali):

piątek, 18 listopada 2011

Portret w bieli Nora Roberts

 

Tytuł: Portret w bieli
Autor: N. Roberts
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Seria: Kwartet weselny tom 1
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 344



   Oto pierwszy tom cyklu Kwartet weselny. Która z nas nie planowała swojego wymarzonego ślubu? Bo, że niektóre się w niego nie bawiły jestem skłonna uwierzyć. Ale planowanie? Ilu gości, jaki wystrój, jakie jedzenie, no i oczywiście obmyślanie wyglądu i charakteru przyszłego małżonka. Każda to robiła, a niektóre robią to nawet  teraz. Nora Roberts postanowiła wykorzystać te naszą dziewczyńską cechę i stworzyła serię czterech książek.
   Cztery przyjaciółki postanowiły marzenia przerodzić w przyjemną pracę i założyły agencję organizującą śluby i wesela „Przysięgi”. Każda z nich zajmuje się swoim „konikiem”. Mac jest fotografem, Emma – florystyką, Laurel – cukiernikiem, a Parker – organizatorem.
   Wszystkie ceremonie odbywają się w ogromnej posiadłości rodziców Parker, a właściwie teraz (po ich śmierci w wypadku) posiadłości Parker i jej brata, Delaney’a.
   Akcja rozpoczyna się w pierwszy dzień Nowego Roku, kiedy to wszystkie cztery przygotowują się do kolejnego wesela. Śledzimy ją z punktu widzenia Mac, która narzeka na pracowitego Sylwestra.  Przyjemnie się czyta o ich codziennej pracy w tak miłych okolicznościach. Z ciekawością wchodziłam w świat organizatorów wesel. Można dowiedzieć się tylu fascynujących rzeczy. Roberts opisuje dobre i złe chwile bohaterek. Śmieszne sytuacje z dziewczynkami sypiącymi kwiatki i przerażające starcia między macochą panny młodej a matką panny młodej, a także inne tego typu problemy. A nasze bohaterki muszą sobie z nimi radzić na różne sposoby.
    Jednak cała uwaga czytelnika skierowana jest na wątek miłosny. W tomie pierwszym dotyczy on Mac i niezdarnego nauczyciela, Cartera. Ich spotkanie było niezwykle ciekawe. Ptak uderzył w okno domu Mac, ona rozlała colę na bluzkę, w skutek czego ją zdjęła. Wtedy zadzwonił telefon. Po skończonej rozmowie odwróciła się i zobaczyła zszokowanego mężczyznę na środku swojej kuchni. Zdołał tylko wymamrotać: „o mój Boże”. Facet odwrócił się szybko i wyrżnął głową we framugę drzwi. To go zbiło z nóg. A może to widok jej biustu, gdyż Mac nadal była w samym staniku.
   Drugie spotkanie mogłoby postawić Mac w niekorzystnym świetle. Ale dlaczego kobieta nie może upić się, kiedy dopada ją depresja wywołana przez wiecznie narzekającą i egoistyczną matkę? Carter uznał, że kobieta może upić się z takiego powodu i nawet się nie zgorszył. Za to zachował się przecudownie i zabrał Mac na spacer, żeby rozjaśniło jej się w głowie. Potem nastąpił rozgrzewający, a raczej rozpalający pocałunek.  I tak rozpoczął się romans.
   Carter jest słodki. Żadna z niego zakompleksiona ofiara losu, ani apodyktyczny jaskiniowiec. Jest czymś po środku ze skierowaniem w stronę niezdarności. Nie jest bogaty, ale jest niezwykle miły. Spokojny, ale nie da sobą pomiatać. Intelektualista o łagodnym uroku. Słodki to najlepsze określenie. Każda chciałaby zaopiekować się takim milusim niezdarą. Tworząc jego postać autorka przełamała stereotyp męskiego bohatera powieści o miłości. Wreszcie spotykamy normalnego faceta, który ma pewne wady i problemy z koordynacją. Ale i tak jest świetny.
   Mac jest jego całkowitym przeciwieństwem. Najlepsze opisujące ją słowo to chaos. Wieczny wir energii, który niczego nie zostawia na miejscu. Ale jest za to piekielnie dobrym fotogramem. Ma świetne wyczucie artyzmu, dzięki czemu jej zdjęcia oddają nie tylko zdarzenia, ale też magię chwili. Trochę przypomina mi mnie. Też ma cięty język i nie lubi owijać w bawełnę. Dlatego jest mi najbliższa ze wszystkich czterech bohaterek. Tę część serii lubię, więc najbardziej.
   Kto by pomyślał, że tych dwoje może być ze sobą? Jak widać prawda jest w powiedzeniu, że przeciwieństwa się przyciągają.
   Jak większość powieści Roberts, ta również jest świetnie napisana. Uwielbiam jej lekki styl. Doskonale potrafi oddać codzienności życia, romantyzm chwili i złośliwość losu. Czytając Portret w bieli można wczuć się w rolę każdego bohatera. Piszę każdego, bo autorka nie charakteryzuje powierzchownie żadnego z nich. Oczywiście z racji fabuły więcej miejsca  poświęciła głównym bohaterom, jednak i pozostali zostali dobrze opisani.
   Miło czasami poczytać o cukierkowym romansie. Jak zwykle i w tej książce nie obyło się bez chwilowego załamania ich miłości. Jednak wiadomo, że skończy się on dobrze. Choć na tego rodzaju książki trzeba mieć nastrój. Niektórych może znudzić wyłącznie wątek miłosny. Chociaż myślę, że zwolennicy powieści obyczajowych byliby zadowoleni. Normalne życie z czymś miłym na dokładkę. Szkoda, że rzeczywistość nie jest taka różowa.

piątek, 4 listopada 2011

Ukryte skarby Nora Roberts



Tytuł: Ukryte skarby
Autor: N. Roberts
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2001
Ilość stron: 358



   Nie pamiętam już kiedy po raz pierwszy przeczytałam jej książkę. Nie pamiętam nawet, która to była. Wiem jednak, że odkąd pamiętam Nora Roberts jest moją ulubioną pisarką. Żadnego innego autora nie mam przeczytanego tak dokładnie i wnikliwie, jak jej. Przygotujcie się na bicie pokłonów, stawianie złotych pomników i hymny pochwalne, bo oto recenzuje moje literackie bóstwo!
   Książkę pożyczyła mi moja ciocia, u której to na półce leżał już pożółkły tom 350 stronicowej powieści – romansu. Nudziłam się, więc zaczęłam czytać. Nora jak zwykle zaczyna ciekawie i nigdy się nie powtarza. Pierwsze zdanie ma mówić wiele, a jednocześnie nie mówić nic, tak żeby czytelnik chciał czytać dalej. I oczywiście, chce.
   Krótkie streszczenie z tyłu okładki: Dora Connroy, prowadząca w Filadelfii niewielki sklep z antykami, zakupuje na aukcji zestaw intrygujących przedmiotów. Wkrótce dowie się, że nowy nabytek jest czymś więcej niż tylko urozmaiceniem jej zbiorów – Dora nieświadomie staje się jednym z biernych ogniw międzynarodowego przemytu dzieł sztuki. Gdy wraz ze swym sąsiadem, byłym policjantem, Jedem Skimmerhornem, postanawiają rozwikłać tajemnicę, mimowolnie przekraczają niewidzialny próg, za którym żądza posiadania przeradza się w śmiertelną obsesję, a w cenę sztuki wliczona jest krew...
   Mocne, ale nawet ten krótki opis nie oddaje w pełni świetnej fabuły przesyconej, muszę napisać to słowo, zajebistym humorem. Roberts nigdy nie pisze sztampowych romansów. W jej powieściach oprócz miłości zawsze równorzędną rolę odgrywa też inny wątek, najczęściej kryminalny – jak w tym przypadku.
   Samodzielna bizneswoman i bogaty były policjant z - nieodzowną w romansach - traumą, którzy mają, delikatnie mówiąc, problemy z dogadaniem się, a jednak coś ich do siebie ciągnie. Sceny z głównymi bohaterami umiejętnie przeplatane są scenami z szefem całej szajki przemytniczej, który planuje kolejne kradzieże i... morderstwa. Niestety to nieco psuje całą tajemnicę. Już od samego początku wiemy, kto jest przestępcą. Zaliczmy to jednak do jednego ze sposobów realizowania konwencji gatunku.
   Być może już zdążyliście zauważyć, że najbardziej w romansach cenię humor. Czytanie o przesłodzonej miłości powoduje, że robi mi się niedobrze, a humor zawsze jest „na czasie”. Dlatego tak zachwycili mnie główni bohaterowie. Bez przerwy sobie dogryzają, a robią to w całkiem nieszkodliwy sposób. Przez to nawet wyraźniej odczuwa się łączącą ich chemię.
   Autorka barwnie opisuje też postacie poboczne. Rodzina Dory, to zawodowi aktorzy, w dodatku ekscentryczni. Każda postać ma swój własny charakter i sposób bycia, co jeszcze lepiej różnicuje świat przedstawiony, a także powoduje wiele zabawnych sytuacji.
   Pod koniec książki, akcja jakby się rozmywa. Co jest dziwne, gdyż w tym momencie bohaterowie intensywnie pracują nad rozwiązaniem zagadki i ujęciu sprawcy. Może odniosłam takie wrażenie, bo bohaterowie już się „nie szukają”, ale są razem jako para. Na szczęście ta chwila nie trwa długo. Jeden rozdział dalej znowu mamy pełną dynamikę zdarzeń i szybkie tempo, które nie pozwoli wam oderwać się od lektury.
   Jedynym minusem jest zakończenie. Zbyt oględne. Zabrakło mi ledwie kilku jakiś konkretniejszych zdań podsumowujących. W sumie to romanse bardzo trudno zakończyć z polotem – mnie zawsze jest mało i nie do końca tak jak bym chciała. Ale znając Norę, mogła postarać się o lepsze.
   Książka zdecydowanie genialna! Barwne postacie, zagadka kryminalna, sporo akcji i oczywiście mój ulubiony – humor. Zdecydowanie polecam znudzonym cukierkowymi romansami czytelnikom. Jeśli wolicie czytać romanse jeszcze bardziej kryminalne niż ten, to polecam serię In Death. Też Nory, która pisze pod pseudonimem J.D. Rob. Za te książki też się zabiorę. Muszę tylko odzyskać głos po opętańczych wrzaskach nad kunsztem jej pisarstwa :D

Baza recenzji Syndykatu ZwB
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...